Recenzja.
"Gwiazd naszych wina"
Film, którego finał w pierwszych minutach zmierza ku tragedii.
Jak na samym początku historii mówi narratorka „Gwiazd…” – w prawdziwym życiu nie ma happy endów z podkładem dźwiękowym piosenki Petera Gabriela. Podczas oglądania zaś niebezpiecznie łatwo przekroczyć granicę pomiędzy wzruszeniem a tandetą, prawdziwymi emocjami a efekciarstwem. „Gwiazd naszych wina” wzrusza do łez (jak najbardziej dosłownie), mimo tego nie popada w emocjonalną manipulację. Film trzyma się konwencji młodzieżowej love story, a pierwszym skojarzeniem jest oczywiście „Szkoła uczuć”.
Związek bohaterów to typowa szczenięca miłość, którą, gdyby nie naznaczenie piętnem choroby, widzowie uznaliby za uroczą i banalną. Zaakcentowanie zwyczajności tego związku, z obowiązkowym piknikiem, nieśmiałymi telefonami i przyziemnością „pierwszego razu”, wydaje się celowym zabiegiem twórców.
Fabuła:
"Gwiazd naszych wina"- Główną bohaterką opowieści jest 16-letnia Hazel, która choruje na raka. Na spotkaniu grupy wsparcia dziewczyna poznaje Augustusa, czarującego i charyzmatycznego byłego koszykarza, którego choroba pozbawiła nogi. Ten dzień zmienia życie obojga nastolatków.
Moja ocena:
Film ten jest po prostu GENIALNY *.*
Film ten jest po prostu GENIALNY *.*
Film ten daje wiele do myślenia. Po prostu najlepszy film jaki oglądałam. Nie da się tego po prostu opisać słowami. Jak by ktoś chciał go obejrzeć to uprzedzam że potrzeba kilkanaście pudełek chusteczek. Jak go jeszcze nie oglądałeś to musisz to zrobić zaraz :D
5/5 gwiazdek


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz